***
Jak powiedziałam tak zrobiłam. Ma to swoje plusy i minusy. Minus jest taki że żeby nie iść do szkoły musiałam powiedzieć mamie co się stało wczoraj, ale jest też plus że nie musze się bać i wstydzić wchodząc tam,jednak kiedyś będę musiała tam wrócić. I stanąć twarzą w twarz z upokorzeniem. Pewnie zadajecie sobie teraz pytanie czemu upokorzenie? Kiedyś ktoś się dowie i rozniesie się to po całej szkole. Tak bardzo tego nie chce. Nigdy nie byłam wyśmiewana w szkole. Jasne. Nie miałam zawsze najlepszych butów czy ubrań, ale nigdy nikt się ze mnie nie śmiał. Teraz będą mówić pewnie coś w stylu "zarabia dupą na opinię u nauczycieli,dziwka" itd. Nawet nie wiem kiedy łzy zaczęły lać się ciurkiem przypominając rzekę.
W domu posiedziałam jeszcze 2 dni,żeby chociaż trochę przesiedzieć to najgorsze.
***
Nadeszła środa. Postanowiłam rzeczywiście iść już do szkoły,bo do nadrabiania było coraz więcej,a ja nie chce mieć zaległości.
Obudził mnie głos smsa. Przetarłam oczy,żeby zobaczyć ekran.
-"Boże, Gab. Co się z tb dzieje?!?! Nie było cie w szkole już 2 dni!"
-" Nic się nie dzieje,a co ma się dziać?! Byłam chora,chyba,a ty co? Byłaś?"
-"Byłam właśnie. Ruszaj dupe,bo późno i do szkoły trzeba iść!!!"
-"Lece. <3 "
Od razu, jak na zawołanie wstałam i pobiegłam na dół, w celu zjedzenia czegoś. Zrobiłam sobie poranną kawę,usiadłam na parapecie i przyglądałam się pogodzie. Jak to w Californii, zawsze słonecznie i gorąco. Po "śniadaniu" musiałam iść się jeszcze ogarnąć. Wczoraj brałam kąpiel,więc wystarczy ułożyć włosy i nałożyć trochę makijażu. Noi jeszcze jakieś ciuchy. Postawiłam na dosyć prostą kreację. Włosy podkręciłam na końcówkach, a na oczach umieściłam lekkie kreski. GOTOWA.
Chwyciłam już wcześniej spakowaną torbę i zeszłam znów na dół. Tym razem w kuchni już krzątała się mama, tata czytał gazetę popijając sypaną <dla mnie ohydną> kawę, a Josh układał sobie włosy na żel w przedpokoju. Podeszłam do niego i mocno przytuliłam. To było dziwne,ale to taki impuls, nie umiałam tego powstrzymać.
Ku mojemu zdziwieniu brat odwrócił się i oddał uścisk. Moje zdumienie miało teraz 100000000000% a ja po prostu nie mogłam uwierzyć! Mój brat to był typowy fejm szkolny. Miał wyjebane na wszystko a cała szkoła srała jak przechodził korytarzem. No cóż. Przez niego i ja byłam nieźle popularna w budzie, co mi psuło humor,bo nie znosiłam fejmów! To takie snoby,które chwalą się kasą. Nie znoszę takich ludzi!!! Wracając do uścisku był uczuciowy i czułam że pierwszy raz się tak przytuliliśmy.
-Pomożesz z tą fryzurą,bo jest beznadziejna dzisiaj,a ja musze dobrze wyglądać? - powiedział gdy już się od siebie oderwaliśmy.
-No oczywiście! - dodałam i zaczęłam układać jego brązowe włoski. Nie zajęło mi to dużo czasu,bo były perfekcyjnie obcięte, tak jak zawsze.
Coś między mną a Joshem się zmieniło,chyba naprawdę się kochamy. Nie żałuję że mam brata,cieszę się i nie zamieniłabym go na nikogo innego. Jak to zawsze mama dała nam torebki z drugim śniadaniem, w której też zawsze było 10 $ i wyszliśmy razem z domu. Kathy już czekała tupiąc rytmicznie nogą.
-Noi znowu spóźniona! Jak zwykle!
-Ona przynajmniej nie olewa szkoły jak niektórzy- wtrącił się mój brat. Nie no nie wierze że mnie broni.
-A ty się nie wtrącaj! - krzyknęła Kath widocznie zgaszona przez mojego Braciaka.
-Gab, jedziesz ze mną? Dziś debile nie jadą. - powiedział uśmiechając się do ekranu telefonu.
-Ok, możemy jechać.
-Wsiadajcie. - dodał po czym nasunął palcem na przycisk w kluczyku, który otwiera jego BMW i pojechaliśmy. W szkole nic nie było nadzwyczajne, a raczej normalne. Czyli się nie dowiedzieli o próbie gwałtu na mnie. I dobrze. Dziś wyjątkowo byłam na czas i pani nawet mnie pochwaliła. Gdy całą klasą weszliśmy do sali matematycznej zobaczyłam tego nowego.....eeee jak on tam JUSTIN! No tak! Siedział już pilnie w NASZEJ ławce i czekał na panią wraz z nami,by zacząć lekcje. Wyglądał dokładnie tak jak wcześniej tylko sweterek miał inny. Wyglądał co najmniej komicznie,a okulary totalnie zasłaniały mu twarz.
-Czemu nie było cię 2 dni w szkole? Byłaś chora? - spytał.
-Sprawy rodzinne. - dodałam i wpadłam na świetny pomysł. Nie nadrobiłam jeszcze 2 dni matematyki,a robili sporo zadań. - Ejjj,przepraszam że cie o to pytam,ale czy pomógłbyś mi z matematyką? Poszliście już bardzo do przodu a jednak mnie nie było na 4 matematykach (mamy po dwie na dzień). Nie wyrabiam z materiałem. -O,jasne że pomoge. To może przyjdziesz do mnie po szkole?
-Ok,mi pasuje, to może o 17?
- Ok, to mój adres. - podał mi małą,białą karteczkę.
-Dzięki.
Ten pomysł był świetny! Pomoże mi z materiałem,a ja nie będę na lekcji siedzieć jak tuman, tylko będę coś, cokolwiek wiedziała. Cały dzień zleciał bardzo,ale to BARDZO szybko!
Wróciłam do domu. Odrobiłam wszystkie lekcje na jutro, a do torby wrzuciłam podręcznik i zeszyt od matematyki. -Gdzie idziesz? -spytała mama wychodząc z salonu.
-Na korki.
-Na jakie korki?
-Nie wyrabiam z materiałem,więc kolega z klasy mi pomoże.- dodałam, założyłam do końca buty, pożegnałam się i wyszłam. Justin mieszkał dalej niż mi się wydawało i przez to się trochę tak z 10 minut spóźniłam.
Jeszcze raz zerknęłam na kartkę z adresem i zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzył mi jakiś chłopak. Zatkało mnie. Był prześliczny. Domyślam się że to brat Justina,ale zwaliło mnie na kolana.
-Emmmm,hej ja do Justina. - powiedziałam wyraźnie się rumieniąc.
-EEEEE,ale to ja...hahahaha-zaśmiał się słodko chłopak. Chwila...Co?!?! To jest Justin?! Ludzie! ie kitujcie mnie! Co się stało z tym kujonkiem?!?! Co to kurcze jest?!?!?!?!
*******************************************************
Oto rozdział 2!!!
Mam nadzieje że się podoba. Przepraszam że taki nudny ale jakoś nie miałam weny,a nie mogę tutaj ciągle nie dodawać,więc myśle że zrozumiecie i że chociaż trochę się wam spodoba <3